Budzą mnie promienie słońca wpadające przez okno.Jest środek lata,mogłabym spać do południa tak jak mój brat,ale to nie w moim stylu.Lekko uchylam drzwi łączące nasze pokoje i widze to czego się spodziewałam.Z pościeli wystają blond kłaki a wokół panuje totalny syf.Jak zwykle.Nie mówię że jestem święta,bo sama potrafię zrobić w pokoju bałagam ale,nie aż do takiego stopnia.Zamykam drzwi i ubieram się w pierwszą lepszą sukienkę z szafy.Nie lubię sukienek ale dziś jest za gorąco na inne ubranie.Schodzę po schodach i po drodze spoglądam na rysunki taty.Potrety moje i Rye'a,mojego brata po prawej a portret mamy po prawej.Tata rysował mamę już tysiące razy ale myślę że nigdy mu się to nie znudzi.Jest na prawie wszystkich jego obrazach.Często siadam z nim w salonie i patrze jak szkicuje.Podziwiam jego talent i myślę że mnie nim zaraził.Za to mama oczywiście nauczyła mnie i Rye'a polować.Często zabierała nas do lasu wiedząc,że to grozi bijatyką.Często kłóce się i bije z bratem,a to potrafi doprowadzić mamę do szału.Zawsze potem staramy się ją udobruchać i chodzimy sami do lasu i przynosimy mięso albo pomagamy tacie w piekarni którą odbudował.Po wojnie 12 dystrykt odrodził się.Ciągle jest tu mało ludzi,ale znacznie więcej niż wtedy kiedy moi rodzice tu wrócili.Wiem co przeszli.Pare lat temu uznali,że jestem już wystarczająco dojrzała i opowiedzieli mi swoją historię.Od tego czasu dziękuje Bogu,że urodziłam się w takich czasach a nie innych.Często przeglądam książkę napisaną przez rodziców.Spoglądam na zdjęcia uśmiechniętego dziadka,ciotki która zgineła będąc jeszcze dzieckiem.Była taka śliczna...Myślę,że jej imię bardzo do niej pasowało."Miała twarz śliczną jak poranek i świerzą jak prymulka"mówiła mi mama.Miała rację.Potem patrzę na rysunek ciemnoskórej dziewczynki stojącej na czubkach palców i rozkładającej ręce jakby miała zaraz odlecieć.Zmarła w ramoinach mojej mamy na przedostatnich Głodowych Igrzyskach mając tylko 12 lat.Wtedy wszystko się zaczeło.To przez te wspomnienia głos mamy załamuję się na ostatnich słowach kłoysanki którą śpiewała nam w dzieciństwie.Zresztą ciągle prosimy by coś zaśpiewała.Uwielbiam jej głos,a ona mówi że uwielbia nasze głosy.Ja i mój brat jesteśmy w szkolym chórze.Rye jest bardzo popularny w naszej szkole.Skubaniec myśli tylko jakby tu jakąś poderwać.Ja też jestem znana,ale nikt nie skacze na mnie jak dziewczyny na tego durnia.Naweet nie zauważam,że zdążyłam się już umyć i w miarę ogarnąć.Świadomośc odzyskuję na widok taty cicho wychodzącego z sypialni.Uśmiecham się na jego widok.
-Cześć tato.-mówię
-Cześć skarbie-odpowiada mi szeptem.
-Czy wszystko z nią ok?-pytam.
-Niech jeszcze pośpi.
No tak.Dziś w nocy mama wbiegła do mojego pokoju by sprawdzić czy oddycham.Znowu przyśnily się jej koszmary.Tata z trudem odciągnął ją od mojego łóżka.Potem przed zaśnięciem,słyszalam już tylko piosenkę którą mama śpiewa gdy jest z nią naprawde niedobrze.
Czy ty,czy ty pod drzewem się pojawisz? Założysz naszyjnik z liny ,i już mnie nie zostawisz?
Chciałam wtedy do niej pójśc,pociaeszyć ale wiem,że w takich sytuacjach tylko tata może ją uspokoić.Raz widziałam jak to robi.Byłam mała.Patrzyłam przez szparę w dzrzwiach jak tuli ją do siebie,głaszcze blizny po oparzeniach na jej plecach i szepcze do ucha słowa pocieszenia i obietnice lepszego życia.Mówił mi,że na miejscu blizn były kiedyś skrzydła,ale spalili je źli ludzie.Znów z zamyślenia wyrywa mnie jego głos.
-Co będziesz dziś robić?
-Odwiedzę wuja,a potem pójdę do lasu.A ty?Idziesz dzisiaj do piekarni?
-Nie,otwieram jutro
-Pójdę z tobą. Zrobić ci herbaty?-pytam się.
-Zagotuj wodę,ja zrobię kanapki.-mówi
Gotuję więc wodę i parzę herbatę,a potem wsypuję do swojego kubka dwie łyżki cukru.Tata nie słodzi.Prowadzimy luźną rozmowę i jemy śniadanie.Mimo wszystko widzę,że jest przygnębiony.Martwi się o mamę.Co jak co,ale nie widziałam żeby jakikolwiek człowiek dażył drugiego takim uczuciem.Tak jak przed laty powiedziała przyjaciółka mojej mamy
"Miłośc jest dziwna". Kończe śniadanie,całuje tatę na pożegnanie,powoli idę w kierunku korytarza i przy okazjii szybko chwytam butelkę wódki stojącą w kredensie w salonie.Przecież nie pójdę do wuja z gołymi rękami.Upewniam się,że tata nie patrzy i niezbyt starannie chowając butelkę wkładam letie buty,poprawiam ciemny warkocz i przecieram niebieskie oczy w lusterku w przedpokoju,po czym wychodzę na suchy wiatr i prażące slońce.Dosłownie podbiegam do domu wuja i wale w drzwi ,lecz nikt mi nie otwiera popycham je i otwieraja się same.Na samym progu wita mnie smród.Cholera.Pewnie znowu zalał się w trupa.Przekopuję się przez sterty ubrań na podłodze i podchodze do wuja śpiącego na stole.
Nowość-myśle z ironią.Szturcham go,ale nie mogę go obudzić.Zauważam stojącą obok szklankę z wodą i bez namysłu wylewam mu ją na twarz.Jak zwykle najpierw robię potem myślę.Wuj wrzeszczy przez pare sekund,przeklina,cedzi że jestem tak samo wredna jak moja matka.Stawiam na stole butelkę i mówie z przesadzoną słodkością
-Też cię kocham wuju.
Rozchmurza się na widok butelki.
-Moja dziewczynka-
uśmiecha się trochę ironicznie trochę wesoło, a ja się tylko śmieję
Mimo wszystko uwielbiam tego człowieka.Jest dla mnie przyjacielem,a nawet dziadkiem którego nigdy nie miałam.Lubi mnie i mojego brata.Nosimy mu wszelkie możliwe trunki i czasami pomagamy zajmować się gęśmi.Wiele przeżył i wiem też że pomógł moim rodzicom przetrwać Igrzyska dwa razy.
-A więc moja mała nadziejo.Co cię tu sprowadza?-pyta z udawaną nonszalancją
-To co zwykle wuju.-odgryzam się-Wódkę ci przyniosłam,a pozatym ktoś musi zrobić rosołek który wyleczy twojego kaca prawda?
-
Nie śmiem zaprzeczyć skarbie-mówi-Kto by pomyślał,że twoja matka ma takie cudowne dzieci.
Śmieję się tylko i gawędząc z wujem o błachych sprawach robię rosół,po czym nalewam gotową zupę do miski podaje mu ją i sama zjadam porcję,bo zrobiłam się głodna.Myję naczynia i żegnam się z wujem.Gdy wychodzę jest ok.południa kieruję się w stronę lasu.Nie będę polować.Mama pewnie już wstała i pewnie sama będzie chciała wybrać się na polowanie,więc postanawiam pójść nad jezioro.To właśnie mama pokazała mi to miejsce gdy byłam dzieckiem.Przechodzę przez miejsce gdzie było kiedyś ogrodzenie przez które zawsze przechodziła mama.Gdyby tu stało płynąłby przez nie prąd. Kiedyś ludzie w dwunastce nie mieli prądu i bieżącej wody,głodowali i zmuszano ich do wysyłania dzieci na dożynki oraz do niewolniczej pracy w kopalniach.teraż wszyscy żyja znacznie lepiej.Dystrykty zachowały nazwy,nie ma Głodowych Igrzysk, ludzie z Kapitolu ciągle ubieraja się jak dziwacy i robią sobie operacje plastyczne.W szkole uczą nas że w naszym kraju panuje demokracja, ustrój który rządził państwami sprzed wieków.Nie jest idealnie ale dobrze.Czuję ulgę gdy wchodzę do lau ponieważ nie jest tu tak duszno jak poza nim.Panuje tu przyjemny chłód a na drzewach siedzą kosogłosy. W tym kraju nie ma osoby która nie znalaby tego ptaka. Nie mogę przegapić okazjii i przez całą drogę śpiewam im piosenkę która utkwiła mi w głowie:
Odejdź, mała zgubo
Odejdź do wody
Do tych, którzy czekają tylko na ciebie
Odejdź mała zgubo
Odejdź do wody
Z dala od życia, które znasz
Wołamy do ciebie
Odejdź mały ogniku
Odejdź do ciemności
W ciemnościach nocy będziemy cię szukać
Odejdź mały ogniku
Odejdź do ciemności
Do wyznaczonych, by to zakończyć
Wzywamy cię
Idziemy po ciebie
Odejdź mała owieczko
Odejdź do wody
poświęć siebie byśmy mogli odżyć
Odejdź mała owieczko
Odejdź na rzeź
Do wyznaczonych, by to zakończyć
Wzywamy cię
Idziemy po ciebie
Odejdź mała owieczko
Odejdź do wody
Do ramion czekających tylko na ciebie
Odejdź mała owieczko
Odejdź na rzeź
Do wyznaczonego, by to zakończyć
Wzywamy cię
Idziemy po ciebie
Gdy docieram do jeziora góre bierze głupia chęć zdarcia z siebie ubrania i kąpieli, więc biała sukienka z czarnym paskiem,buty,gumka do włosów i reszta ląduje na jednym z kamieni otaczających jezioro.Czuje jak woda przyjemnie chłodzi mi skórę,sięga mi do połowy ramion gdy zatrzymuję się,staję na placach i rozkladam ręce jakbym miała skrzydła i chciała odlecieć.Przypomina mi to dziewczynkę z książki rodziców,ale także sytację z dzieciństwa.Dość dobrze to pamiętam.Byliśmy z mamą i tatą w 4 dystrykcie bo podróże stały się dozwolone.Odwiedziliśmy moją babcię która do dziś tam mieszka oraz "ciocię" Annie i jej syna którego nazwała imieniem swojego zmarłego męża.Więc dzieciak od zawsze był "Małym Finnickiem".Ja i Finnick bawiliśmy się a Rye próbował za nami nadążyć.Niedaleko był klif a pod nim rozpościerało się morze.Mama stała prawie na samej krawędzi z zamkniętymi oczami i rękoma rozpostartymi jak skrzydła. Tata dosłownie podbiegł do niej i objął tak mocno jakby bał się,że mama może w każdej chwili rzucić się do morza. Kiedyś wydawało mi się to niedorzeczne.Teraz rozumiem. Ze wspomnień wyrywa mnie szelest za plecami.Natychmiast się odwracam i widzę,że z kamienia znikneły moje rzeczy.Myślę,że to niemożliwe,bo na tym świecie urodził się tylko jeden taki debil który mógł to zrobić.Nie mam pojęci jakim cudem się tu znalazł ale bez zbędnego myślenia wydzieram się na całe gardło;
-FINNICK!
Nie mylę się. Idiota wychodzi zza drzewa zwijając się ze śmiechu z moim ubraniem.Nie mam pojęcia kiedy przyjechał do dwunastki,a on gdy tylko udaje mu się powstrzymać śmiech mówi:
-Hope Willow Mellark!-wypowiada moje pełne imie i nazwisko'-Twoja matka mówiła,że tu cię znajdę,ale nie spodziewałem się TAKICH widoków.-mówi z udawanym zaskoczeniem.
-Myślałam że w czwórce masz o wiele lepsze widoki.-mówię z ironią.
-No tak-mówi z wyższością-Dla kogoś takiego jak ja nie powinno to być nowością.
-Szpaner-kwituję-Oddawaj mi ubranie.
-Coś za coś-uśmiecha się ironicznie
-Nie dla psa kiełbasa!-krzyczę i ciskam w niego malym kamieniem.
Odwraca się udając obrażonego a ja wykożystuję chwilę by wybiec z jeziora,chwycić sukiekę i jednym ruchem włożyć ją przez głowę.Potem już miej obrażeni szarpiemy się o gumkę i buty.w końcu jak małe dzieci ścigamy się do domku po drugiej stronie jeziora,tam siadamy na ganku i dowiaduję się,że Finnick i jego matka postanowili zrobić nam niespodziankę i przyjechać do nas na pare dni.Rozmawiamy swobodnie po czym postanawiamy wracać przez miasto do domu.Oczywiście po drodze wyzywamy się ile wlezie,ale to już jest naszą tradycją.Dziwnie robi się gdy podchodzimy pod nasze odsiedle.
-Słyszałem cię.-mówi dziwnym tonem
-Co słyszałeś?-pytam
-Jak śpiewasz ptakom-odpowiada
-Było aż tak źle?-pytam z uśmiechem mimo tego że powinnam na niego nawrzeszczeć za to że mnie śledził.
-Wręcz przeciwnie.-mówi
Czuje się niezręcznie bo objął dłońmi moją twarz.
-Tak naprawdę przyjechałem tu wyłącznie dla ciebie-mówi niepewnie-Uświadomiłem sobie,że poza moją matką jesteś moja jedyną i najlepszą przyjaciólką,uświadomiłem sobie też,że nie interesują mnie inne dziewczyny tylko ty.Hope,ja naprwadę nie wiem co mam mysleć.

Ten dialog ,a raczej monolog wydaje mi się dziwny.Nie ma ładu ani składu.Nie przywykłam do słuchania takich wyznań.Znam tego chłopaka od dziecka myślałam,że wiem o nim już wszystko a tu takie coś.Chcę coś odpowiedzieć ale on uprzedza moje słowa i caluje mnie w usta.Powinnam go odepchnąć,lecz tylko stoje wrośnięta w ziemię,wdycham zapach morza i uświadamiam sobie że czuje się szczęśliwa.
Mam nadzieję że się podobało.:) Z góry przepraszam za wszystkie błędy.
Ps.Rysunek mojego autorstwa.